sobota, 7 maja 2011

Buzek, polski bożek pięciuset milionów

Polska mitologia i mitomania narodowa przyjmuje gargantuiczne rozmiary. W walce na gęby, swojej używa po wielekroć prof. Jerzy Buzek. To typowy wojownik partyjny i polski, który wyniesiony na piedestały przez władze central-europy i central-polski mieni się być Wernychorą alboż jeszcze innym ludowym autorytetem. Jerzy Buzek to typowy przykład polskiej opcji nacjonalistów typu c. Kocha Śląsk, ale się Go boi. Być może boi się po prostu utraty wpływów wiodących od centrali? Silesian Adlera to nijak nie obchodzi.

Dlaczego nazywamy Buzka wojownikiem partyjnym? Dlatego, że od kiedy przeszedł w objęcia gościnnej Platformy Obywatelskiej na Śląsku interes swojej partyjki rządzi jego profesorskim umysłem. Przede wszystkim w histeryczny sposób zareagował na słowa Kaczyńskiego o ukrytej kolumnie niemieckiej. Larum podniósł, że wszyscy Ślązacy mają powodu czuć się urażeni. W sensie, że Niemiec jest gorszy i obraźliwa jest przynależność do tego central-narodu. Jakkolwiek, by to nie brzmiało: uwielbienie dla Polaków chwilowo przebywających na zdobytej kolonii śląskiej zabrzmiało jak gorolska trombita na przełęczy św. Bernarda. Z drugiej strony widzimy, jak ów niby-zdeklarowany Polak na Śląsku posługuje się kwestią narodową, pewną ideą dla chwilowych partyjniackich procentów. Od idei narodowej – ważniejszy jest procent poparcia w popiśnej przepychance.

Dalej komentuje Buzek „To jest wypowiedź, która krzywdzi wszystkich Ślązaków”. Logiczny błąd: skoro Ślązak nie jest narodowy, to może być albo polski albo niemiecki. Ciężko stwierdzić, żeby Ślązaków – Niemców obrażał fakt zakamuflowanej przynależności do własnego narodu. Oczywiście Silesian Adler zdaje sobie sprawę, że Ślązacy są Narodem, zatem to bajdurzenie bez sensu, bo ani z nich żaden monolit, ani koreańska defilada. Otóż w narodzie śląskim mamy do czynienia z opinią publiczną...

Pal licho. Buzek mówi: „Nie wszyscy wiedzą, ile kosztowała Śląsk walka o Polskę”. Opcja centr-nacjonalna aż wylewa jadem się z tych słów, a raczej słówek. Wychodzi na to, że cały Śląsk jak jeden mąż walczył z zaborcą w pikelhaubie o przynależność do ziemi dziadów. Piastowskiej Wielkiej Szlacheckiej Polskim Obojga Narodów. I powrócił w toku dziejowej sprawiedliwości do Macierzy po 570 latach, bez pomocy Stalina. Wybierając polską tożsamość i język. Panie Boże, jeśli masz jeszcze wpływ na Chadeków, to uderz jakim gromem, bo tak obskurnych wywodów po prostu nie da się słuchać.

Już na koniec zostawiam buzkowy deser. „Proszę sobie przypomnieć także „Solidarność", na kopalni „Wujek" ginęli Ślązacy za polskość” – tak. To są słowa Buzka. Okazuje się, że na Śląsku do lat 80-tych górnicy giną za polskość w walce z polskimi zomowcami.

To dla mnie dość proste sprawy, moi przodkowie - zawsze i wszyscy - mówili po śląsku, a mówiąc po śląsku, mogli czytać w oryginale Mickiewicza, ale już nie Goethego, czy Byrona – mówił Jerzy Buzek. To, że w swojej naiwnej retoryce nadużywa Buzek słów „zawsze” i „wszyscy” to już standard. Oczywiście jego lichy wywód to dowód na podobieństwo językowe, a nie tożsamość narodową. Ale to wszystko się nie liczy, skoro walczymy o polski, centralny Śląsk – prowincję, którą należy spolonizować. I to jeszcze, że Buzek stwierdził sam o sobie: - Przybywam tu jako Ślązak, Polak i przewodniczący parlamentu, reprezentującego 500 milionów Europejczyków. Przewodniczący parlamentu reprezentującego 500 milionów Europejczyków. Nieźle – to się nazywa reprezentacja. Reprezentacja 500 miliona frazesów.

np.
http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20110506/REGION/621972436

czwartek, 5 maja 2011

Suwerenność jest w gminie

Koncepcja i rozumienie Narodu, które chcemy promować, musi opierać się na kilku najważniejszych podstawach – podestach, na których umieszczać można kolejne kategorie narodowego bytu. Pierwszym ze stopni ołtarza jest demokracja. Podstawowa jej forma, która zakłada rządy ludu w odróżnieniu od rządów od ludu „odjętych”. I wszystko jedno czy nad ludem rządzi król w łaski bożej, czy wojskowa dyktatura, brutalny totalista czy mafia. Demokracja jest podstawową formą władzy dla świadomego Narodu. Oczywiście, nie można postrzegać demokracji jako formy tylko zarezerwowanej dla organizacji państwowej. Zresztą, to nawet zakłada pewien rodzaj tworzenia państwa zarezerwowanego dla członków narodu, co jest nam obce i prowadzi do wyłączenia grup „pozanarodowych”. Dobrym przykładem jest demokracja starożytna, która wykluczała choćby niewolników czy demokracja amerykańska z wieku XIX, która wyrzucała na margines rdzennych Amerykanów. Od tego daleko, ten typ zostawiamy nierozumnym nacjonalistom- typu c* i apolegetom „wielkich narodów europejskich”.
Demokracja musi ujawniać się w życiu społecznym. Ta forma rządów musi ujawniać się na szczeblu najniższym, na szczeblu gminnym, wiejskim, miejskim, osiedlowym. Proces decyzyjny winien opierać się na równości oraz wolności. Równość polega na sposobie podejmowania decyzji w drodze głosowania, obieralnej władzy wykonawczej, wreszcie równość to klarowne metody obejmowania urzędów, dostępu do stanowisk we władzach wykonawczych.
Drugi filar to wolność, który dotyczy swobód gminnych. Gmina, jako teren aktywnego działania samorządu powinien być suwerenny.

Jak to tak? – Zakrzykną krytycy. Gdy każdy wójt będzie sobie decydował, to państwo się rozpadnie, dezintegracja, społeczna! Nastąpi ogólna anarchia, głód i rozprężenie obyczajów! – krzyczą. Centraliści nie chcą oddać zagrabionej gminom władzy. Nie chcą zwrócić ludziom suwerenności, z której wywodzi się wszelka władza. Pierwotnej suwerenności obywateli, dla których gmina nie jest tylko słabym organizmem politycznym, pomocnym w realizowaniu interesów pasożytniczej centrali. Dla mieszkańców, gmina to miejsce, gdzie w naturalny sposób gromadzą się ludzie. Tak dostrzega ów problem A. de Toqueville, ponadto, mówi wręcz: „W gminie tkwi siła wolnych społeczeństw”. Gmina jest podstawową komórką organizmów narodowych. W najmniejszych środowiskach kształtuje się i wykuwa hart ducha narodowego. To szkoła prawdziwego patriotyzmu. To właśnie za swoje gminy, za swoje podwórka i sąsiadów prowadzi się jedynie sprawiedliwe wojny. Tylko w obronie własnej ekumeny. To dlatego, wszelkie systemy totalitarne uciekły od gminy, usiłowały ją zdusić, pozbawić znaczenia i zdekomponować. To dlatego wszelkie rozszerzenie swobód gminy jest traktowane jak największe zło w pseudo-demokracji, która panuje obecnie w Polsce. W gminie nie ma despotyzmu, nie ujawni się ponieważ interesy ludzi z jednej gminy i w jej obrębie przenikają się. Despota zwykle będzie dążył do rozszerzenia swoich wpływów. Co więcej będzie starał się ujednolicać wszelkie prawa gminne, tak, by skroić je pod własne, despotyczne potrzeby. Im więcej jego władza obejmuje szczebli, tym większym despotą się okazuje.

Małe Narody Europy, które są jedyną możliwością do powrotu suwerenności ludów, będą opierać się na samorządzie gminnym. Uniknie się w ten sposób wszelkich konfliktów zbrojnych – wojen niesprawiedliwych. Uniknie się wykluczenia społecznego oraz narodowościowego – gminy bowiem to miejsca dyskusji życiowej, praktycznej. Tam nie ma miejsca na uprzedzenia. Małe wspólnoty to miejsce rzeźbienia wielkich Idei!

*”nacjonalista typu c” to zaraza gorsza od dżumy. To nacjonal-centralista.

My naród /archiwum 2009

Poniżej ekipa SA przedstawia tekst nt. historyczny, który pierwotnie ukazał się w 2009 roku na stronie o nazwie "Czytadela"

My Naród! (We, the people!)

Biedne szwabskie ofiary II wojny światowej!!! – ironizuje Ryszard Czarnecki na łamach swojego bloga (wpis z 25 V 2009). Oczywiście czyni tak z racji wywołania przez Niemcy II Wojny Światowej i z faktu, że Polacy wycierpieli więcej.


Skala problemów, o jakich traktuje np. historia polityczna jest tak ogromna, że zarówno w piśmiennictwie, jak i języku potocznym używa się pewnych skrótów myślowych. Bywa, że niesie to za sobą poważne konsekwencje. W dyskusjach zwykle stosuje się określenia typu „Polska zgodziła się”, „Niemcy wypowiedzieli wojnę”, choć oczywiście wszyscy obywatele Niemiec wojny nie wypowiadali. Zrobił to ich rząd. Stąd prosta droga do określeń „Polacy bohatersko się bronili” – choć nie wszyscy, nie każdy bohatersko i nie tylko oni. „Niemcy” z kolei napadli na Polskę we wrześniu 1939, choć wielu z nich dziarsko maszerowało wówczas do szkół, a miliony pań domu przyrządzało smaczny kartofelsalad. Pewnie jeszcze długo można by się bawić w wynajdywanie podobnych absurdów „mówienia o historii”. Świadomy uproszczeń człowiek swobodnie oddzieli słowo od istoty zagadnienia. Problem w tym, że często powtarzane sformułowania posiadają najwyraźniej zdolność rzeźbienia myśli. Ów proces ma pewnie swój udział w kształtowaniu stereotypów narodowych, które obok śmiesznych (spotyka się Anglik, Francuz i Polak...) mają takoż straszne strony. Piszę o tym z dwóch przyczyn. Jedną z nich jest stale obecny w polskiej polityce wątek budowy Centrum Przeciwko Wypędzeniom. Według niemal wszystkich środowisk politycznych w kraju, pomysł upamiętnienia wypędzeń „umniejsza winę Niemców” czy „kwestionuje wyniki wojny”. W trwającej obecnie kampanii wyborczej do europarlamentu (V-VI 09) problem zajmuje nadspodziewanie ważne miejsce. Centrum jest zresztą łącznikiem sceny politycznej – wszystkie polityczne opcje są przeciw. Spory dotyczą jedynie ostrości reakcji na działania popleczników Centrum.
Drugą przyczyną jest spotkanie z mikrohistorią. To nurt, który niesie badacza ku dziejom jednej mieściny, wioski czy rodziny w krótkim okresie czasu. Z badań mikrohistorycznych dowiemy się o obyczajach, świadomości czy przekonaniach tzw. zwyczajnych ludzi, którzy poza tabelami statystycznymi rzadko goszczą na kartach historycznych opracowań. Konkretnie chodzi o „Dziennik Śląski” Heleny Plüschke zamieszczony w kwartalniku „Karta” nr 57 z 2008 r. W skrócie: to pamiętnik trzydziestokilkuletniej mieszkanki Strzegomia, matki piątki dzieci, który opowiada o jej życiu w czasie od października 44 do jesieni 46 roku. Pamiętnik wypędzonej Niemki operuje czystym słowem, co bez makijażu pokazuje rzeczywistość. To jej dni końca wojny we Wschodnich Niemczech, co już, już przechodzą w polskie Ziemie Zachodnie.
Warto zapoznać się z tego typu źródłami, by poznać stan świadomości ludzi. W rozmowach zwykle określa się ich mianem zwykłych, przeciętnych lub szarych. Oczywiście jako takich łatwiej później będzie zakwalifikować ich do rzędu liczb w tabelach wypędzonych. Ów przeciętniak niemiecki bywa obecnie nazywany „ideologicznym przeciwnikiem”. Staje się wrogiem z ambicjami zbytniego przechylenia wagi cierpień wojennych na korzyść (korzyść!) Niemców. Bezsens takiego myślenia możemy pojąć jedynie, gdy przeczytamy pamiętnik niemieckiego obywatela, dla którego problemy dzisiejsze są odległe jak idea Zjednoczonej Europy w roku 1938.
Wspomniane straszne strony stereotypów ujawnią się w zestawieniu dzisiejszych wypowiedzi polityków z żywym świadectwem wypędzonej Niemki. Zestawienie ich słów nie może operować na zasadzie przeciwieństw. Pamiętnikom brak argumentów na poparcie tez. Ciężko wtłoczyć relację Heleny Plüschke w ramy XXI-wiecznej dyskusji na linii CSU-PO-PiS-Steinbach-bóg raczy wiedzieć kto. Jednak mimo to jej głos powinien pobrzmiewać w tle wiecowych megafonów. Chociażby po to, by spocone czoła kandydatów pochyliły się z pokorą. Bo to na barkach Helen stoi europarlament i inne wynalazki demokratycznej, współczesnej zgody pomiędzy narodami. Poczytajmy:

„18 października 1944 r. Megafon partyjnego samochodu wzywa mieszkańców Striegau do przybycia na rynek. Wszyscy mają uczestniczyć w zaprzysiężeniu pierwszej jednostki Volkssturmu. (...) Idę, żeby nie podpaść i zabieram ze sobą dzieci. Nie wiadomo, co mogłoby się stać, gdyby człowiek się tam nie pojawił. (...) garbią się lub prężą szesnastolatki o przepełnionych dumą piersiach w swoich mundurkach Hitlerjugend, z opaskami na rękawach koszul. Czego może dokonać to wojsko? (...) Gauleiter Hanke przechodzi sam siebie w zakłamaniu „Naród powstaje i zrywa się burza”. Potem mówi coś o wunderwaffe (...) i ostatecznym zwycięstwie, które jest bliskie. Co mieliby szturmować ci starcy i dzieci? (...) Jak to dobrze, że moi chłopcy są jeszcze za mali. Mogę ich ochraniać.”

„17 listopada 1944. Sprawdziły się moje przeczucia i lęki. (...) W kieszeni zabitego rosyjskiego żołnierza znaleziono bladoniebieską ulotkę „wezwanie do zabijania”: Niemcy to nie ludzie; Od dzisiaj słowo NIEMIEC oznacza największe przekleństwo; Od dzisiaj słowo NIEMIEC odbezpiecza ci karabin (...) Czytając te linijki, zadaję sobie pytanie, co też musiał przeżyć i przecierpieć ich autor. Jak można wyhodować w sobie taką nienawiść?

„13 lutego 1945. Przez całą noc my, kobiety, nie możemy zmrużyć oka. Nasłuchujemy w napięciu. (...) Tkwimy w ciemnym schronie, stłoczeni jeden obok drugiego. Mija godzina, dwie. (...) Jest już około południa, kiedy spostrzegam rosyjskich żołnierzy, jak biegną wzdłuż domów po prawej i po lewej na PilgraimhainerStrasse. Przeczesują miasto”

„14 lutego 1945. Po nieskończenie długim czasie nastaje cisza. (...) Około szóstej tupot ciężkich butów na piwnicznych schodach, gardłowe okrzyki i łomot do drzwi. (...) Dwóch albo trzech podpitych rosyjskich żołnierzy zaciąga mnie do sieni. (...) Jeden spogląda na mnie, jakby chciał mnie pożreć, pociaga łyk z butelki i oblizuje usta. (...) Długo trwa zanim zaczynam powoli dochodzić do siebie”.

„19 lutego 1945. Po raz kolejny i ja jestem ofiarą. Na szczęście udaje mi się moja jedenastoletnią córkę. Zawijam ją w stare szmaty i ukrywam za jakimś stosem rupieci. Tortury rozpoczynają się od pytania, czy jestem nazistką. Odpowiedzią na moje „nie” jest silne uderzenie w twarz i ciosy pejczem. Przystawiają mi pistolet (...)”

„28 czerwca 1945. Dzisiaj dzieje się coś niepojętego. Od strony Pilgramshainu około dziesiątej nadchodzą funkcjonariusze milicji, wpadają do domów na naszej ulicy i rozkazują, abyśmy w ciągu pięciu minut opuścili wszystkie mieszkania. Na to nie jesteśmy przygotowani. (...) Żałosny to pochód. Na wpół ubrane, płaczące dzieci, starzy mężczyźni i kobiety, chorzy na ręcznych wózkach albo taczkach, boso albo w kapciach (...) Krok w krok podążają za nami polscy i ukraińscy cywile i rabują wycieńczonych. (...) Nie mamy nic, tylko to, co na sobie. Wózek już nam zabrała zgraja”

„10 sierpnia 1945. Nękanie przez Polaków staje się coraz gorsze. Panujące całkowite bezprawie pozwala im bezkarnie przeprowadzać wszystkie działania. Ale, mimo tego nacisku, ciągle jeszcze chcemy pozostać na ziemi ojczystej. Musimy przecież tu być, bo gdzież nas odnajdzie Richard po powrocie...”

Sięgnijmy po więcej: Cytaty pochodzą z: Helene Plüschke, Dziennik śląski [w:] „Karta” 2008, nr 57, s. 63-87, tłum. Ewa Czerwiakowska

poniedziałek, 2 maja 2011

Wewnętrzny wróg

Jaki jest wróg najgorszy? To wróg wewnętrzny, niezdefiniowany, wróg, który podszywa się za przyjaciela. Najgorszy wróg to taki, który nie stoi po drugiej stronie barykady. On stoi z karabinem obok nas. Niby strzela do wroga, ale nie trafia. Zagrzewa do boju słowami, lecz przekręca nieznacznie ich wymowę. Tego wroga należy tępić. Takim wrogiem jest nacjonalista polski.

Po pierwsze taki nacjonalista będzie obnosił się z uwielbieniem dla Śląska. Dla jego ludowej kultury, dziedzictwa. Będzie sławił „Małą Ojczyznę” jako składową Wielkiej czyli Polszy. „Mała Ojczyzna” ma być najlepszym elementem, który zespawa obywateli z jedynym słusznym narodem. Takowe podejście prezentują chociażby świętujący 90 rocznicę III Powstania Śląskiego. Będą śpiewać „Ubodzy Powstańcy, śląscy wojownicy”. Oczywiście, to slogan – bo powinno stać: ubodzy powstańcy, polscy bojownicy. Nawet, jeśli któryś z nich manifestował śląskość, to ochotniczy zaciąg czynił go Polakiem. Basta. Przynajmniej w chwili, gdy chwytał za broń. Potem bywało już różnie. Znakomita większość Ślązaków czekała w domach na wynik tej zawieruchy. Część została skuszona w pole żołdem. Mimo to należy pamiętać o ofiarach III Powstania z obu stron. I tylko o nich. SA traktuje Powstania jako wojnę domową, ale nie niemiecką. Była to Śląska Wojna Domowa. W wojnach kolonialnych szczepy indiańskie wyrzynały się w ramach pomocy dla Francji i Anglii. III Powstanie było typową wojną kolonialną o łupy. Ślązacy byli w niej Mohikanami, którzy obojętnie dla opcji ponieśli srogą porażkę. Dlatego żaden świadomy Ślązak nie powinien czcić triumfu Polski. Trzeba jedynie oddać należny hołd śląskiej krwi. Zwycięstw okupantów z zasady nie świętujemy.

Najgorsze jest to, że ukryty, wewnętrzny wróg będzie szeptał do ucha zdradliwe słowa. Tak jak niejaki Ryszard Mozgol w swoim tekście „Małe Ojczyzny Wielkiej Polski”. Ten polski krzewiciel regionalizmu uważa, że skrajna prawica z lokalnych środowisk jest w stanie obalić rządy Brukseli. W domyśle po to, aby nad nimi w pełni mogła zapanować Warszawa. Ten wróg Ślaska uważa, że Ślązacy są tak głupi, by walczyć z centralizmem europejskim i przyjmować z otwartymi ramionami o wiele groźniejszy centralizm polski. Ślązacy! Nie słuchajcie tych bredni! To oczywiste, że jedynym wyjściem dla Prawdziwie Wolnego Śląska jest integracja Europy w Stany Zjednoczone Europy. Wielkie państwa narodowe typu Polska, Niemcy czy Belgia tylko blokują wolność narodową. Chcą zagarnąć coraz nowe terytoria, coraz większą liczbę ludzi zagarnąć pod swoje podgniłe skrzydła. Zjednoczona Europa Federalna, Europa Regionów, które rządzą się u siebie na zasadzie stanów to droga do celu, jakim jest Prawdziwie Wolny Śląsk. Amen. Bóg zapłać.

Jest jeszcze jeden haczyk, na który nacjonaliści w stylu Mozgola chcą ułowić Ślązaków. To namiętnie powtarzany dogmat o różnorodności narodu. Stąd pomysł by na ‘polks-listę” czyli karty spisu powszechnego wpisywać podwójną narodowość. Czyli Polak-Ślązak. Niestety, narody opierają się na rozdziale, właśnie po to istnieją. Owszem, faszysta swobodnie powie: obywatel Wielkiej Polski – Ślązak. I nie będzie w tym nic niesamowitego. Natomiast jeśli nacjonalista mówi Polak-Ślązak, to właśnie chce śląskość wyrzucić, zgnieść, zdeptać i zmilczeć. Przecież to nic innego jak wielkoserbska retoryka „Kosovo je Srbija”. Silesia je Polskaja – Milczeć! Silesian Adler proponuje kaganiec na to rozszczekane towarzystwo!

cytowany tekst
http://www.nacjonalista.pl/2010/12/17/ryszard-mozgol-male-ojczyzny-wielkiej-polski.html

czwartek, 28 kwietnia 2011

Rasa kłapato

Wielce leciwy tygodnik „Nowiny” z Rybnika, który ostatnimi czasy dość regularnie zajmuje się „kwestią śląską” zamieścił ostatnio w cytacie tygodnia dość durnowatą i wręcz rasistowską wypowiedź niejakiego Rafała Czaji z (jak go przedstawiono) wodzisławsko-żorskiego koła Ruchu Autonomii Śląska. Oto ona: „Skoro narodowość śląską może wpisać każdy, kto czuje się Ślązakiem, to Murzyni mieszkający na Śląsku też?”.

SA zapytuje, czy w RAŚ faktycznie leżą same żłoby, czy to nędzna prowokacja dziennikarska? A może faktycznie, dominują wyznawcy zasady czystej krwi śląskiej, która nijak nie istnieje? Jeśli Ślązaków rozpoznawać po mordach trzeba, to powinno się i zajadłych goroli brać w brać śląską, a i Morawianin by się trafił i pewnie jaki Kaszeba? Natomiast wykluczyć by trzeba chociażby Romów. Tak, tych, których spotykamy w Katowicach, jak w barze mlecznym „Europa” zamawiają: „żymła, fanzole i ku tymu kiszka”. SA pyta, czy kolor skóry ma wpływ na narodowość? Oczywiście, że nie ma. Ten spadek to przesąd XIX-wieczny z czasów kolonialnych oraz z pielęgnacji hitlerniano-gównianego narodu germańskiego, który wymyślono dla pozyskania rekruta. Natomiast to dziedzictwo nie przeszkadza umysłowym kurduplom w formułowaniu przytoczonych fraz. Śląska krew nie istnieje, tak jak w każdym miejscu na świecie, które było wielokrotnie najeżdżane, kolonizowane, sprzedawane: słowem otwarte.

Narodowość jest wyłącznie sprawą samego umysłu, stanu umysłu i jego świadomości. Stąd narodowość śląska wyklucza wszelkie objawy rasizmu. Z narodowości śląskiej „a priori” nie można wykluczyć np. Romów, którzy od kilkudziesięciu lat osiedli w swoich dzielnicach. Szczególnie, że wielu z nich manifestuje swoją świadomość w sposobie np. porozumiewania się. Nie ma potrzeby łopatologicznie tłumaczyć przykładu wielorasowego narodu USA, Meksyku i innych, w tym Śląska.

Skoro z gęby nie można, to po czym Nas poznać? Po manifestacjach. Najczęściej, bo czasem nawet Ślazak się nie manifestuje. Wolno mu. Ma do tego prawo. Zdarzają się przecież introwertycy. Mimo, że kabaret „Rak” utrzymuje, że Ślązak żere wyłącznie krupniok oraz żur.

Można swojej świadomości w ogóle nie manifestować


Świadomość jest jedna – wiele jej manifestacji tak jak wiele jest manifestacji wiary. Owszem, wbrew temu co sądzi katolicki kościół można być wierzącym i niepraktykującym. Wg. Eliadego, hierofania to manifestacja „sacrum” i różne są jej objawy. Tak manifestacje śląskiej świadomości są różniste – łączą się, rozróżniają i dopełniają. Oto niektóre z nich:

manifestacje – język, etos pracy, uczestnictwo w obyczajach (w tym kulinaria, hobby gołębie, obyczaje świąteczne) wspólne dziedzictwo historyczne, problem poczucia odmienności, poglądy polityczne, konserwatyzm, cechy charakteru, tradycyjne zajęcia, kultura – pieśni, barwy narodowe – niebiesko-żółte, miejsca „uświęcone”, przywiązanie do krajobrazu, tradycje – ubiór, dziedzictwo kulturowe i naukowe, dziedzictwo przemysłowe i gospodarcze, ekonomiczne, polityka – przeszłość autonomiczna...

Wiele jeszcze ich istnieje, będą rodzić się nowe, a niektóre zanikać. Jednak warto zapamiętać:
Zwalczać należy manifestacje wrogiej świadomości. Istnieje świadomość wroga. Tzn. nastawiona na zwalczanie innej świadomości. Manifestacje świadomości wrogiej zmuszają do ukrywanie własnych manifestacji i co za tym idzie pozbawiają należnego jej prawa.
Chyba nie trzeba dodawać, kto bryluje w tej wrogiej świadomości. Weg z wami!

 http://www.nowiny.rybnik.pl/artykul,21755,cytat-tygodnia.html

czwartek, 21 kwietnia 2011

Tradycja i "tradycja"

Autonomia to nie jest fetysz. To droga do celu. Celem Ślązaków powinno być małe państwo w federacyjnej Europie. Coś w rodzaju stanu w Stanach Zjednoczonych.

Należy zerwać ze sztucznie zdefiniowaną „tradycją”. Ten termin na Śląsku powinien przysługiwać jedynie prawdziwej Tradycji, czyli tej etnograficznej, ludowej. „tradycja”, tym różni się od Tradycji, że jest zjawiskiem duszącym, krępującym rozwój narodowy Ślązaków. Owa „tradycja” bierze się z przynależności Regionu do dwóch państw silnie narodowych w ostatnich stuleciach. Agresywna propaganda tych państw odmawiała prawa bytu Tradycji górnośląskiej, a na słowa ‘narodowość śląska’ reagowała histerycznie. Państwo niemieckie stworzone przez Bismarcka było na wskroś pruskie i centralne nigdy nie mogło stać się rzecznikiem Śląska i jego dążeń. Organa republiki Weimarskiej oraz II Rzeczpospolitej nadały Śląskowi autonomię tylko dlatego, że były zbyt słabe, by ten Region zdławić. III Rzesza oraz PRL to państwa niszczące wszelką narodowość. Hitler uwikłał się w ideę pangermanizmu, która skutecznie zniszczyła tradycyjne nacjonalizmy niemieckie. PRL spowodował upadek wszelkiego nacjonalizmu, a śląska Tradycja została ośmieszona i zredukowana do roli rozrywkowo – rustykalnej. III Rzeczpospolita w zasadzie przejęła dorobek PRL-u. Co może wyniknąć z „tradycji”, którą wykształciły te państwa?
Obywatele, którzy są stale posłuszni owej „tradycji” będą odpowiadać: nie ma takiej narodowości „śląska”. Jest tylko polska i niemiecka, tak zawsze u nas było: kto nie był Polakiem był Niemcem. Zatem: przeciwstawiasz się polonizacji – jesteś bracie Niemcem, jeśli zależy ci na polskim Śląsku – toś Polak. Z tym myśleniem czas zerwać.

Dalej: „tradycja” każe widzieć Śląsk Górny jako miejsce ścierania się wpływów niemieckich i polskich, niektórzy „tradycjonaliści” jeszcze dodają wpływy czeskie. To oczywistość, jednak można z niej wysnuć wniosek o zdeformowaniu Tradycji górnośląskiej. Skoro jest to jedynie miejsce pośrednie, które wpływów swoich nie ma, a zmuszone jest przyjmować cudze. W tym rozumieniu – swoje wpływy Polska wykształciła sama, Niemcy też – a Śląsk przyjmuje to „jak leci”, „jak mu każą” i „jak może”. Narody i ich wpływy nie wykształcają się w próżni. Naród polski powstał na przecięciu wpływów ruskich i germańskich, germański – frankijskich, rzymskich i słowiańskich itd. Jednak nikt nie wyrzuca tym narodom, że są miejscem ścierania się wpływów. Nie czyni się z tego zarzutu – nie podważa się ich istoty. Czas zerwać z myśleniem Śląska jako miejsca niczyjego, bez własnej Tradycji, bez własnego narodu. Od dziś trzeba jasno powiedzieć: Śląski naród wykształcił się w otoczeniu narodów czeskich, morawskich, polskich i niemieckich. Każdy nacjonalista śląski powinien być z tego dumny!

„tradycjonaliści” są często w swej retoryce śmieszni, lecz nie oznacza to, że są niegroźni. Pies w zimowym ubranku gryzie podobnie jak bez, a nawet z większą zawziętością. Chce udowodnić, że jego głupi strój jest tylko kamuflażem. Śmieszni są i polscy narodowcy, którzy jedną ręką pokazują HH a drugą kochają Polskę i Polaków. Śmieszni są „ecikowcy”, którzy deformują śląski język i robią z niego gwarę. Zbliżają polskie słówka do mowy swoich włościan i śmieją się z samych siebie. Niestety, te karykatury robią zły, fałszywy PR Górnemu Śląskowi. Pal licho opinię publiczną w Polsce – gorzej, że ów PR trafia do samych prawdziwych Ślązaków i ich dzieci. Niestety cechą narodową Ślązaków jest spolegliwość – i dlatego nie odpowiadają. Do uszu i świadomości dzieci tłoczy się „ecikowszczyznę”. Lekcje regionalizmu polegają na wizycie w stodole z grabiami i fachlem. Na konkursach recytatorskich „gwarowych” opowiada się o dowcipnych wyprawach ecika do baru, albo przerabia polskie bajki zmieniając słowa na śląskopodobne. Tak być dalej nie musi! Priorytetem dla każdego Ślązaka ma stać się wychowanie dzieci w duchu śląskim. Po pierwsze, należy zacząć od pielęgnowania prawdziwej Tradycji.

środa, 20 kwietnia 2011

Wrawo Wrzawa

Wrzawa, jaka podniosła się od czasu czułych słówek Jarosława Kaczyńskiego, które skierował on do swoich wiernych w kwestii Śląskiej nie mija. Kaczyński przemówił do ludu, swoich fanów, oi-ów, nazioli, PP-ków (Prawdziwych Polaków) i innych magazynierów tępoty. Wskazał wroga – Niemca. Nimca w hełmie z hakenkreuzem, bo w zgodnej opinii wspomnianych, a także przerażającej większości zwykłych Polaków to jedyny obraz Niemca. Niemiec to nazista i sympatyk Hitlera, Hessa, Heydricha i Himmlera. No ale czego spodziewać się po niepodkutych osłach, dla których dziadek w Wehrmachcie to powód do wstydu?
Pal licho Kaczyńskiego. Sprawę podjęli dziennikarze. Po swojemu. Walczą Ślązakami w polityce. Tym razem sprawa dotyczy kwestii „Czy Ślązak może być dobrym Polakiem?”. Ci z Rzeczpospolitej jak Krzysztof Feusette mówią, że nie. Ci z GW (Aleksandra Klich) uważają znowu, że tak. Ślązak Polakiem czy Ślązak Niemcem. Cyrk na kółkach. Słowem obrzucają się błotem przy użyciu Śląska jako przedmiotu. Przedmiotu, którym można żonglować. SA ma do was pierwszą prawdę:


1. Śląsk jest podmiotem, a nie przedmiotem!

To nie jest prowincja, którą można bezkarnie sprzedawać, oddawać podbijać czy zasiedlać. Śląska Ziemia ma swoją osobowość. I obrońców, gotowych stanąć na jej straży.

Ruch Autonomii Śląska, który walczy o ochłapy z pańskiego, polakowskiego stołu wręcz zarzeka się, że nie jest separatystyczny. Za nic nie chcą odłączać się od Polski. Cóż znów za separatyzm? Separacja jest od kogoś, od czegoś. Przypominam, Śląsk jest Wolny! Okupacje, owszem, zdarzają się, a to frycowska, a to polakowska. Jednak Śląsk to podmiot i wolny będzie zawsze. Przynajmniej w sercach Ślązaków. SA to wie i ogłasza wszem i wobec. Zarzuty o separatyzm są absurdalne w tej sytuacji. Podobnie o sympatie proniemieckie. Wilk obrusza się, że baranek chce dać się pożreć szakalowi. I jeszcze pyta: - „A ty baranku, wolisz jednak żebym zeżarł cię ja, prawda?”. A RAŚ-owcy mówią: „-Tak, oczywiście wilczku, nie chcemy do pyska szakala, chcemy do twojego...”.

Swoją drogą wilkowi i szakalowi ząbki stępiały z biegiem lat z biegiem dni. Jako argumentów, zamiast MP-38 i PPSz używają jadaczek. Dopóki tak się dzieje – Silesian Adler tylko w ten sposób będzie wam odpowiadał. Wojna trwa na obszczekiwanie. Tym niemniej to jest wojna. Starożytni Rzymianie, gdy toczyli wojnę, nawet w najodleglejszym zakątku państwa zostawiali otwarte bramy świątyni Janusa.
Uważajcie gnojki, wilki i szakale – SA właśnie otworzył tę bramę!

„Polemika”:

http://blog.rp.pl/feusette/2011/04/05/fajniejszy-jest-niepolski-tatus/
http://www.rp.pl/artykul/639422.html?print=tak